Za miesiąc zapadnie werdykt, gdzie stanie zapora na Wiśle

    Za miesiąc zapadnie werdykt, gdzie stanie zapora na Wiśle

    Dariusz Knapik dariusz.knapik@pomorska.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Tak według komputerowej symulacji będzie wyglądała przyszła tama w Nieszawie.

    Tak według komputerowej symulacji będzie wyglądała przyszła tama w Nieszawie. ©Fot. Materiały Urzędu Miejskiego w Nieszawie

    Jeszcze nie tak dawno na nieszawską tamę dybali ekolodzy, energetycy i... obywatele sąsiedniego Ciechocinka.
    Tak według komputerowej symulacji będzie wyglądała przyszła tama w Nieszawie.

    Tak według komputerowej symulacji będzie wyglądała przyszła tama w Nieszawie. ©Fot. Materiały Urzędu Miejskiego w Nieszawie

    Dziś mieszkańcy obu miast mówią zgodnie, że jest im wszystko jedno, gdzie stanie przyszła zapora. Byle tylko ją zbudowali.

    W tym roku powędruje do Brukseli wniosek o dofinansowanie inwestycji, która zapewni bezpieczeństwo włocławskiej zaporze oraz żyjącym w jej złowrogim cieniu ludziom. Pomysłów na ratowanie tamy jest aż pięć. Wśród nich absurdalny wręcz projekt, by nic nie robić, tylko jak dotychczas ograniczać się do prowizorek i doraźnych napraw. Mało realna jest też forsowana przez ekologów rozbiórka zapory. Głównie z racji astronomicznych, sięgających 6,6 miliarda kosztów.

    Bardziej serio patrzy się na pomysł wzniesienia poniżej zapory tzw. stopnia podpiętrzającego. Byłaby to budowla z prawdziwego zdarzenia, nawet ze śluzą, ale też i kosztowałaby 1,4 miliarda. Stopień ma zabezpieczyć tamę i zagrożony włocławski most. Nie pomoże jednak na zahamowanie erozji dna Wisły. Grozi ona m. in. dalszymi wyciekami biegnącego przez rzekę rurociągu płockiego, a w perspektywie gazociągu jamalskiego, blokuje żeglugę na odcinku Włocławek-Toruń, powoduje opadanie poziomu wód gruntowych i degradację lasów w dolinie Wisły.
    Największe szanse ma budowa kolejnego stopnia wodnego na Wiśle. Projekt ten daje gwarancję pełnego bezpieczeństwa włocławskiej tamy i przywrócenia rzeki do normalnego stanu. Pozostaje tylko jeden problem: gdzie zbudować ten stopień?

    Stanęli na 704 kilometrze
    Już pół wieku temu, gdy rodziły się pierwsze projekty kaskady dolnej Wisły, nie było wątpliwości, że drugi po Włocławku stopień powstanie w Ciechocinku. W latach dziewięćdziesiątych definitywnie zrezygnowano wprawdzie z kaskady, ale nie z zapory przy kurorcie. W orzeczeniu wydanym w 1998 roku przez 16 najwybitniejszych polskich ekspertów, była to optymalna recepta na uratowanie włocławskiej tamy.
    Ciechocińską lokalizację bez pardonu atakowali jednak ekolodzy. Padały argumenty dotyczące m.in. zniszczenia kolejnego odcinka rzeki, co najmniej do samego Torunia, zagłady unikatowej Zielonej Kępy, czy stanowisk orła bielika itd. Do dyskusji włączyli się naukowcy, mówiąc m. in. o zagrożeniach, jakie niesie ta inwestycja dla ciechocińskiego mikroklimatu, czy solankowych źródeł, bez których nie byłoby kurortu. Na dodatek odkurzono podjętą jeszcze w latach osiemdziesiątych i zignorowaną przez ówczesne władze, uchwałę Miejskiej Rady Narodowej w Ciechocinku, która jednomyślnie zaprotestowała przeciw tamie.

    Projektanci opracowali więc inną, znacznie korzystniejszą dla środowiska naturalnego lokalizację. Nowy projekt zakładał, że tama powstanie na wysokości Nieszawy, dokładnie na 704 kilometrze od źródeł Wisły. Pomysł zyskał wielu zwolenników wśród naukowców, hydrotechników, a przede wszystkim w kręgach rządowych, które chciały uniknąć wojny z ekologami. A ten projekt dawał już pewne szanse na kompromis.

    Ciechocinek, albo śmierć!
    Nieszawską tamę przeforsował ostatecznie twórca zapory w Czorsztynie, szef warszawskiego "Hydroprojektu" i rządowy ekspert, dr Aleksander Łaski. - Dokumentacja ciechocińskiej tamy powstawała jeszcze w siedemdziesiątych latach. Celem projektantów była wówczas maksymalna wydajność elektrowni. Dziś w Polsce całkiem inaczej podchodzi się jednak do ekologii. Po wejściu do Unii Europejskiej kryteria te zostaną jeszcze bardziej zaostrzone - powiedział dr Łaski "Pomorskiej" na konferencji w 2001 roku w Ciechocinku.

    Budowa nieszawskiej tamy była już wówczas przesądzona. I wtedy w ciechocińskie elity zawiązały ruch walczący o powrót dawnej lokalizacji. Zyskał on duże poparcie, w 2000 roku jego kandydat wygrał zdecydowanie wybory uzupełniające do rady miasta. Lider ruchu, ciechociński przedsiębiorca, radny Jerzy Kłos przekonywał, że marnuje się publiczne pieniądze. Przecież wykonano już dokumentację ciechocińskiej tamy, wykupiono grunty, powstała sieć dróg. Ówczesny przewodniczący miejskiej rady Zbigniew Strąk podkreślał, że zapora i zalew to turystyczna szansa dla regionu. A to właśnie Ciechocinek najlepiej jest przygotowany do tej roli.

    Nieszawskie elity zwarły szeregi w obronie 704 kilometra. Zanosiło się na wojnę miast. Dla uspokojenia emocji zaczęto używać oficjalnej nazwy: stopień wodny Nieszawa - Ciechocinek. Ta ostatnia lokalizacja nie miała jednak większych szans. Tymczasem, mimo podjętej w 2000 roku sejmowej uchwały o budowie stopnia, kolejni ministrowie środowiska nie palili się by wprowadzić ją w życie. Emocje powoli opadły.

    Przełom nastąpił dopiero w latach 2005-2007, gdy resortem kierował prof. Jan Szyszko. To za jego rządów zapadła decyzja, by ubiegać się o unijne środki na zapewnienie bezpieczeństwa włocławskiej tamy, zaczęto tworzyć ogromną dokumentację, wymaganą przez brukselskich urzędników. Nieoficjalnie mówiło się, że największe szanse ma wariant nieszawski.

    Siła wszystkich kilowatów
    I właśnie wtedy znów wróciła koncepcja budowy stopnia w Ciechocinku. Stało się to za sprawą potężnego, energetycznego lobby, a przede wszystkim koncernu "Energa". Za wszystkim stoją racje ekonomiczne. Choć są duże szanse na uzyskanie unijnej dotacji, wiadomo jednak, że Bruksela da nam pieniądze jedynie na zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom nadwiślańskich miast. Nie dostaniemy jednak ani jednego euro na typowo komercyjne przedsięwzięcie, jakim jest budowa elektrowni.

    Jest prawie pewne, że pieniądze na tę inwestycję będą musiały wyłożyć firmy energetyczne. Chętnych nie brakuje, od kilku już lat interesują się nią nie tylko polskie, ale i zachodnie koncerny. Sęk w tym, że przy budowie elektrowni wodnej górną granicą opłacalności inwestycji jest 10-letni okres zwrotu nakładów. Ciechocińska zapora spełnia taki warunek, jednak w przypadku Nieszawy okres ten wynosi aż 17 lat. I właśnie naciski lobby energetycznego spowodowały, że wśród 5 wariantów ratowania włocławskiej tamy znalazła się też zapora w Ciechocinku. Już w kwietniu powołany przez Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, Doradczy Komitet Monitorujący ma podjąć ostateczną decyzję, który z pięciu wariantów uzyska jego rekomendację.

    - W obecnym rządzie lobby energetyczne ma wiele więcej do powiedzenia niż poprzednio. Ale nie wolno zapominać, że jedynie wariant nieszawski daje pewne szanse na kompromis z ekologami - mówi Roman Chmielewski, znany przedsiębiorca i szef nieszawskiej rady.

    Burmistrz Andrzej Nawrocki przypomina, że włocławska zapora zniszczyła Wisłę na odcinku 40 kilometrów. - Nieszawska tama daje gwarancję, że to się nie powtórzy. Stanie tam może mniej wydajna, ale za to bezpieczniejsza dla rzeki i ludzi elektrownia. Stopień ma być zaprojektowany jako ostatnia już zapora na Wisle, będzie głębiej wbudowany w koryto rzeki. Planuje się też wiele inwestycji towarzyszących, które przywrócą rzekę naturze i odtworzą dawny ekosystem zniszczony przez działalność człowieka w ciągu minionych 40 lat - mówi burmistrz Andrzej Nawrocki.

    Zakopali wojenne topory
    Czy oba miasta znów wytoczą przeciw sobie armaty? Przewodniczący Roman Chmielewski nie ma takich obaw. - Na szczęście do wyborów jeszcze daleko, a właśnie wtedy ożywa problem tamy, gdy niektórzy politycy chcą sobie w ten sposób poprawić własne szanse. Jako samorządowcy spotykamy się przy różnych okazjach i dobrze wiem, że w tej sprawie burmistrz i większość ciechocińskich radnych nie dają się ponieść emocjom - mówi Chmielewski.

    - Sądzę, że mieszkańcy niziny ciechocińskiej chcą przede wszystkim, by w ogóle powstała ta zapora. A gdzie ją zbudują, to już ma drugorzędne znaczenie - mówi burmistrz Ciechocinka Leszek Dzierżewicz. Bo właśnie tu przy każdej powodzi ludzie z niepokojem zastanawiają się, czy wytrzymają wały i nie powtórzy się rok 1924, gdy pod wodą znalazło się całe miasto.

    - Już nie wierzę, że zapora ciechocińska dojdzie kiedyś do skutku. Zresztą na dobrą sprawę to nie ma o co kruszyć kopii - mówi Jerzy Kłos dawny lider ruchu walczącego o tamę.

    <Wara od naszych solanek
    I trudno się dziwić. Nie wszyscy wiedzą bowiem, że choć przyszła tama znana była powszechnie pod ciechocińskim szyldem, faktycznie zaprojektowano ją w Siarzewie, które leży w sąsiedniej gminie Raciążek. Drugi zaś koniec zapory znajdzie się w leżącej na prawym brzegu Wisły gminie Czernikowo.

    Zamiast podatków z elektrowni uzdrowisko zafundowałoby sobie spaliny z tysięcy aut jadących przez most na zaporze. Burmistrz Dzierżewicz podkreśla, że tama w sąsiedztwie Ciechocinka, to ogromne zagrożenie dla leżących źródeł wód mineralnych. Jeszcze niedawno na dnie Wisły samoczynne trysnęły solankowe gejzery. Hydrotechnicy nie kryją, że na dobrą sprawę nikt dokładnie nie zbadał pod tym względem dna rzeki, a ciechocińskie źródła leżą przecież na niewielkich głębokościach.

    - To zbyt ważna dla kraju inwestycja, by o jej losach mieli decydować burmistrzowie dwóch miast - mówi Leszek Dzierżewicz.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo