Niezwykła kaszubska przygoda. Tak płynęliśmy rzekami i jeziorami do wdzydzkiej przystani

Marek Weckwerth
Marek Weckwerth
Na kaszubskim szlaku wodnym z Wieprznicy do Wdzydz Kiszewskich. Od lewej: Andrzej Gomol, Wojciech Dziedzic, Iwona Jeziorska, Marek Weckwerth
Na kaszubskim szlaku wodnym z Wieprznicy do Wdzydz Kiszewskich. Od lewej: Andrzej Gomol, Wojciech Dziedzic, Iwona Jeziorska, Marek Weckwerth Fot. Marek Weckwerth
Udostępnij:
To już późna jesień, ale rasowi kajakarze nie odkładają wioseł - start w małej kaszubskiej osadzie Wieprznica, meta w stanicy PTTK Wdzydze Kiszewskie, a po drodze na 26-kilometrowym szlaku same przygody i to jakże ciekawe.

Zobacz wideo: W Bydgoszczy trwają zdjęcia do filmu „Magiczny kwiat paproci”

Wieprznica przycupnęła nad rzeczką Rakownicą na przesmyku między Jeziorem Wieprznickim a stawem młyńskim w Wieprznicy. Stąd do ujścia do Wdy w Loryńcu jest 17,5 km (tak informują znajdujące się tu znaki szlaku kajakowego), ale przed nami będzie jeszcze konieczność pokonania Wdą i zachodni ramieniem jeziora Wdzydze (Radolnym) kolejnych 8 kilometrów. Takie przynajmniej były plany, bo sprawy potoczyły się nieco inaczej. Nie uprzedzajmy jednak wypadków…

Na starcie w Wieprznicy stanęło czworo bardzo doświadczonych bydgoskich kajakarzy (Iwona Jeziorska, Andrzej Gomol, Wojciech Dziedzic i dziennikarz „Pomorskiej”, autor artykułu) – członków lub sympatyków Sekcji Turystyki Kajakowej RTW Lotto – Bydgostia). Do grupy dołączyła też mało doświadczona kajakarka z Łodzi, pracowniczka hotelu we Wdzydzach Kiszewskich. Już po pierwszych ruchach wioseł wydawało się, że Magda daleko nie dopłynie, a przynajmniej nie szybko tak się stanie. Dni zaś już krótkie.

Rzeczywistość miała zweryfikować nasze przypuszczenia co do nowo poznanej koleżanki – nie braliśmy pod uwagę jej determinacji i praktyki jako turysty pieszego i rowerowego, co może wpływać na to, jak radzi sobie na szlaku wodnym.
Na długim rynnowym jeziorze Garczyn smaganym silnym południowym wiatrem (prosto w twarz) Magda oznajmiła, że popłynie swoim tempem i spokojnie da sobie radę, a jak nie to zatelefonuje po transport do hotelu lub stanicy.

Na kursie Garczyn, stara baza żeglarska

Na lewym dla nas (wschodnim) brzegu jeziora znajduje się baza żeglarska, o tej porze roku już cicha, bez powiewających na wietrze żagli. Współczesne, nowe zabudowania (Powiatowe Centrum Młodzieży w Garczynie) mogą mylić, bo miejsce to było bazą dla żeglarzy, harcerzy i wodniaków od lat 30. XX wieku. Wypoczywali tu i podnosili swoje kwalifikacje.

To też może Cię zainteresować

W książce pod red. Henryka Konarskiego pt. „Ocalić od zapomnienia. Historia 16. Żeglarskiej Drużyny Harcerskiej im. gen. Mariusza Zaruskiego. Hufiec Bydgoszcz – Miasto 1928-2018” znajduje się wzmianka o wyjeździe w roku 1932 drużyny do Garczyna na Międzynarodowy Zlot Skautów Wodnych. Patronat nad zlotem objęli prezydent RP Ignacy Mościcki i marszałek Józef Piłsudski. Prezydent przybył osobiście, zaś marszałek wydelegował generała Mieczysława Norwid – Neugebaurea.

Zadumać można się nad historią tego miejsca, ale czas ucieka jak zając do nory, więc popłynęliśmy przodem, ale na Magdę poczekaliśmy na południowym brzegu jeziora, gdzie – jak wiedzieliśmy – znajdują się rury, którymi trzeba się przeprawić pod dwoma wielkimi wałami ziemnym. Jego koroną wiodą droga krajowa nr 20 Kościerzyna – Bytów oraz linia kolejowa Kościerzyna–Lipusz-Chojnice. Nie raz jechało się tędy pociągiem na ogólnopolski spływ kajakowy „Orłów” z Lipusza do Tlenia...

Takiego wała, przechodzimy!

Na miejscu okazuje się, że rury przepuszczające wodę pod wałami zostały przegrodzone stalowymi kratami i jedyny przepust (całkiem nowy) wiedzie wielką rurą pod pierwszym nasypem. Pięknie, da się przejść z kajakami suchą nogą. Pomagamy Magdzie przeciągnąć także jej kajak.

- To przejście dla zwierząt. Ludzie nie mogą tedy przechodzić, nie mogą tu przebywać – oznajmia ochroniarz pilnujący maszyn budowlanych zgromadzonych w tym miejscu (wciąż trwają prace wykończeniowe po przebudowie DK 20).

- Ciekawe zatem jak mamy dalej płynąć? - pytamy ochroniarza. Po chwili nawet nie pytamy o pozwolenie, tylko robimy swoje. Ale znów pojawia się problem – za wałem drogowym jest drugi – kolejowy, a tam przepustu już nie ma. Musimy więc wciągnąć sprzęt pływający na stromą i wysoką skarpę, przerzucić przez tory i zwodować na Rakownicy poniżej wału. Mordercza robota, no i trzeba uważać czy nie nadjeżdża pociąg.

Zastanawiamy się jaki inteligent wymyślił, aby zakratować rury, którymi dawnej swobodnie się przepływało (autor artykułu już to robił). Pal licho, że teraz nie da się przepłynąć, ale w drugim wale powinno się przebić podobne przejście jak w pierwszym, choćby oficjalnie miało służyć zwierzętom, bo kajakarze się „załapią”. Inaczej szlak kajakowy nie ma sensu. Gdyby nie nasza pomoc, Magdzie nie udałoby się sforsować tak uciążliwej przeszkody.

Szykany na szlakach to nic niezwykłego

Takie szykany na szlakach kajakowych to nie pierwszyzna – na przesmyku między Jeziorami Stoczek i Turzynek w Krówce Leśnej koło Koronowa Zarząd Dróg Powiatowych w Bydgoszczy zbudował w tym roku wał ziemny, którym poprowadzono drogę rowerową.

Tylko, że zapomniano o wykonaniu przepustu dla kajakarzy, którzy wykorzystywali ten przesmyk do przechodzenia z jednego jeziora na drugie, aby zamknąć pętlę wokół wielkiego półwyspu, na którym znajduje się Krówka Leśna. Miejsce to, swoiste siodło między wyżej położonymi terenami, wykorzystywały też niewątpliwie zwierzęta. Pisałem o tym 6 lipca w jednym ze swoich reportaży turystycznych.

Z kolei sporo już lat temu zablokowano kajakarzom przejście dawną drogą przerzutu tratw z południowej części Zalewu Koronowskiego na Brdę w Samociążku. Wzdłuż drogi dla samochodów poprowadzono ścieżkę rowerową, którą od wody oddzielono solidnymi barierkami. A było to popularne miejsce przeciągania kajaków na szlaku Brdy. Teraz trzeba płynąć kanałem lateralnym do hydroelektrowni Samociążek, czego formalnie zabraniają znaki żeglugowe.

To też może Cię zainteresować

Dlaczego takich inwestycji nie konsultuje się z klubami kajakowymi? Bardziej zastanawiające jest to, dlaczego projektantom (w końcu ludziom wykształconym) oraz zarządcom dróg (inwestorom) nie przychodzi do głowy, że ułatwiając życie rowerzystom, jednocześnie utrudniają kajakarzom? I to za unijne pieniądze. Szczerze mówiąc jest to żałosne.

Na Rakownicy i jeziorach

Wracamy jednak na kaszubski szlak, by po pokonaniu wału linii kolejowej zwodować się na Rakownicy. W całym tym kontekście umyka nam tak oczywisty fakt, jak szlak kajakowy jest niezwykle malowniczy i ciekawy – rzeczka niewielka, gdzieniegdzie porośnięta trzcinami, przez które trzeba się mozolnie przedzierać.

Wpływamy na Jezioro Graniczne. Magda, znów zapewniając, że da sobie radę, zostaje gdzieś w tyle...

Na południowo zachodnim brzegu jeziora widać zabudowania dużej kaszubskiej wsi Łubiana. Na kartach historii pojawiła się już w roku 1284 – w dokumencie księcia pomorskiego Mściwoja II. Dziś miejscowość ma charakter letniskowy, ale znana jest przede wszystkim z Zakładów Porcelany Stołowej „Lubiana” (działających od 1969 r.). Z jeziora widać doskonale 27-metrową wieżę nowoczesnego w formie kościoła parafialnego pw. św. Maksymiliana Kolbego. W kościele znajdują się relikwie św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. ks. Jerzego Popiełuszki oraz siostry Faustyny Kowalskiej.

Wypływając z jeziora, rzeka Rakownica zmienia nazwę na Graniczna. Na jej początkowym, wartkim odcinku jeszcze granicach wsi Łubiana urządzono nowoczesną przystań kajakową.

Rzeka meandruje pośród gęstniejących trzcin, które zanikają przy prawym dopływie Granicznej – Pilicy. Pilicą płynie się zwykle z miejscowości Korne, gdzie także znajduje się nowa przystań kajakowa (przy starym młynie). Wymieszane wody obu rzek znacząco poszerzają i pogłębiają koryto, więc teraz płynie się szybko i sprawnie, na przemian pośród łąk i lasów. Tak dopływa się do ujścia
Granicznej do jeziora Sudomie.

Przed wpłynięciem na jezioro robimy sobie popas na lewym brzegu. Jemy, rozmawiamy, pojawia się słoneczko, czas płynie, a tu – ku naszemu niemałemu zdziwieniu, ale i uciesze – przypływa Magda. Dzielna dziewczyna! I nawet nie chce odpoczywać.

Na uroczej Trzebiosze

Jezioro Sudomie trzeba przeciąć równoleżnikowo i znaleźć maleńki przesmyk na mniejszy, wschodni akwen tego samego jeziora. Od niedawna ta sztuka jest łatwa, bo przesmyk został oznakowany. Magda znajduje go bez problemu. Zaraz też ją dochodzimy i znów wyprzedzamy...

Ten kto znalazł już przesmyk, dowiaduje się, że jest już na kajakowym szlaku rzeki Trzebiochy. Dla nas jest to zatem trzecia tego dnia rzeka, a przed nami jeszcze czwarta – Wda. Spływy Trzebiochą i Wdą zaczynają się zwykle na plaży w północno-wschodniej części jeziora Sudomie – w miejscowości Rybaki, skąd do stanicy wodnej PTTK Wdzydze Kiszewskie jest 17 km. Takie spływy organizuje wspomniana stanica, choć nie tylko, bo organizatorów spływów jest w tych okolicach więcej. Bydgoscy wodniacy korzystają zawsze z transportu stanicy i tam też nocują, bo prowadzi ją wraz z żoną Barbarą Zbigniew Galiński. To bydgoszczanie, nasi wypróbowani od dziesiątków lat przyjaciele.

Trzebiocha wypływa z jeziora Sudomie kilkusetmetrowym malowniczym przesmykiem na wysokości Sycowej Huty na kolejny akwen – maleńkie jezioro Mielnica (nie mylić z tym na terenie Parku Narodowego „Bory Tucholskie”!), które zaraz przechodzi w znacznie większe - Żółnowo. Trzebiocha wypływa z Żółnowa na jego południowo-wschodnim brzegu (dla nas lewy brzeg), by zanurzyć się w lesie. Na krótko jednak, bo zaraz rzeka zmienia kierunek ze wschodniego na południowy i uroczo, a nawet wartko płynie rozległą doliną do Grzybowa (tam trzeba przepłynąć pod bardzo niskim mostem), a potem do Grzybowskiego Młyna.

Rybka w Grzybowskim Młynie

Osada Grzybowski Młyn zapożyczyła nazwę od starego młyna zbudowanego na spiętrzeniu rzeki. Znajdują się tu stawy hodowlane, jest sklep ze świeżą i wędzoną rybą. Kajakarze często ją kupują, bo jest smakowita. Okazja nasuwa się sama, bo przez teren młyna i hodowli ryb trzeba kajaki przenieść.

Czekamy na możliwość wodowania poniżej młyna, bo na rzekę schodzi dość liczny spływ gdańskiego klubu kajakowego „Morzkulc”. Gdańszczanie co roku organizują na tym szlaku spływy szkoleniowe z bazą we wdzydzkiej stanicy. W międzyczasie dopływa „nasza” Magda.

Koledzy śmignęli przed siebie

Gdy „Morzkulc” jest już daleko, wodujemy całą piątką – pierwsi Andrzej i Wojtek. I tyle ich tego dnia na wodzie widzieliśmy, spotkaliśmy się dopiero wieczorem stanicy we Wdzydzach. Bo Andrzej postanowił pociągnąć do odległej o ok. 10 km mety już na pełnym gazie. W jego kilwater (ślad wodny za rufą) załapał się Wojtek, a pozostała trójka (w tym dwie kobiety) nieświadoma jeszcze, że koledzy nie poczekają, została w tyle.

Doceniając determinację Magdy, wraz z Iwoną pilotowaliśmy ją do samego ujścia Trzebiochy do Wdy w Loryńcu. Tam jednak znów namówiła nas do szybszego wiosłowania, a sama została w tyle. - No dobrze, ale zostajemy w kontakcie telefonicznym – oznajmiliśmy jej „na odchodne”.

Teraz trzeba było dogonić Andrzeja i Wojtka. Iwona narzuciła sportowe tempo (kiedyś była sportsmenką), ale nasi koledzy musieli być już za daleko, nie doszliśmy ich.

Chytry plan - przenoska

Wtedy, dopływając do drewnianego mostka, którym przebiega czerwony szlak pieszy, przyszedł mi do głowy plan, dzięki któremu moglibyśmy przechytrzyć Andrzeja i Wojtka. Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zorientować się, że w tym miejscu Wda zbliża się na pół kilometra do centrum wsi Czarlina i jeziora Jelenie (to północy akwen wielkiego jeziora Wdzydze). Wystarczy przenieść kajaki owe 500 metrów, zwodować na Jeleniach i do bazy we Wdzydzach pozostaje nie więcej niż 1000 metrów.

- Wiesz, jednak chciałabym zobaczyć miny naszych kolegów, gdy dotrzemy do Wdzydz przed nimi – oznajmiła Iwona. Sprawa była więc przesądzona – idziemy do Czarliny!

Gdyby zaś płynie się dalej rzeką, ta odchodzi w kierunku zachodnim (początkowo przeciwnym do Wdzydz Kiszewskich), ostro meandruje, po czym wpada do jeziora Wdzydze (akwen Radolne). Tam dopiero kajakarze zmieniają kierunek na wschodni. Całość to kilka km więcej niż przyjdzie pokonać nam w wersji lądowo-wodnej przez Czarlinę i jezioro Jelenie. Przed nami prawdopodobnie nikt tego nie zrobił.

Szybko więc docieramy do naszej bazy, składamy kajaki na stojakach, idziemy do naszego domku, rozpalamy w kominku, aby zrobiło się ciepło i przyjemnie, i spokojnie czekamy na kolegów. Gdy zmachani docierają do domku, a mija jeszcze kilkadziesiąt minut, jest już nagrzane, a my zrelaksowani.

Koledzy nie uwierzyli

- Kto was podwiózł? - pytają bardzo zdziwieni koledzy. - Nikt. Zwyczajnie dopłynęliśmy przed wami. Musieliście nie zauważyć, gdy was wyprzedzaliśmy. Szliśmy w pobliżu brzegu jeziora, na tle drzew – odpowiadamy, ściemniając oczywiście. - O nie, nie z nami takie numery. Pewnie Magda zadzwoniła do stanicy albo hotelu o podwózkę i załapaliście się – odbijają piłeczkę.

To też może Cię zainteresować

- Nic z tych rzeczy. Ripostujemy i na dowód, że Magda jest jeszcze na wodzie, dzwonimy do niej, ustawiając telefon na głośnik. - Tak, jestem jeszcze na jeziorze, zmierzcha, ale dam sobie radę. Dziękuję, że się przejmujecie – słyszymy Magdę.

- Jasne, jasne, wcześniej uzgodniliście z nią, aby tak mówiła. Założę się, że dawno jest w hotelu, po gorącym prysznicu i już leży w miękkim łóżku – stwierdza Andrzej.

Dopiero po pokazaniu zdjęć z naszej przeprawy i wyjaśnieniu na mapie, że jest możliwość dużego skrótu, koledzy uwierzyli. No cóż, warto jednak było zobaczyć ich miny. - Były bezcenne – dodaje Iwona.

Kajakami przez las

Nazajutrz popłynęliśmy „wokół komina”, czyli zrobiliśmy pętlą ze stanicy Wdzydze Kiszewskiego do stanicy – zaledwie 6,5 km.

- Ale jakie to było pływanie – najpierw zarośniętym do bólu trzcinami przesmykiem z jeziora Wdzydze na maleńkie jeziorko o nazwie... Jeziorko, a potem kilometr przez las do jeziora Jelenie. Tego jeszcze nie ćwiczyliśmy – ten kilometr oczywiście przenosiliśmy kajaki, po drodze zerkając, czy w lesie są grzyby. Trochę zebraliśmy – wspomina Andrzej Gomol. - Szczerze wątpię, aby ktokolwiek przed nami pokonał z kajakami tę trasę.

Na zimowisko

I to tyle jeśli chodzi o tegoroczne pływanie z bazy we Wdzydzach Koszewskich – całą wielką flotę kajaków pomogliśmy przenieść do hangaru, gdzie przezimują wraz z wyciągniętymi wcześniej na brzeg jachtami.

Żegnaj wdzydzka przystani. Do zobaczenia wiosną!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Neo Tools

NEO TOOLS 81-551-L

253,12 zł134,80 zł-47%
miejsce #2

Columbia

Columbia Trailstorm Waterproof Black Solar

449,99 zł329,99 zł-27%
miejsce #3

Hi-Tec

Hitec Męska Kurtka Softshell Hi-Tec Neti Czarna

154,99 zł137,99 zł-11%
miejsce #4

Hi-Tec

Hi Tec Hitec Kurtka Męska Softshell Kars Black

169,99 zł157,89 zł-7%
Materiały promocyjne partnera

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Gazeta Pomorska
Dodaj ogłoszenie