Dramat pszczelarza, który przychodzi do pasieki i zamiast pszczół noszących pyłek widzi kupki martwych owadów, można porównać do nieszczęścia ogrodnika, który latami dbał o piękny park i nagle odkrył, że wszystkie drzewa zostały wycięte, a krzewy i kwiaty spalone żrącym kwasem.
Jednak bartnik załamuje się po dwakroć, bo społeczeństwo nie jest tak wyczulone na straty w pasiekach, jak na szkody w ogrodach czy parkach.
Przeciętnemu człowiekowi trudno się dziwić, w przeciwieństwie do ministra rolnictwa, który nie kwapi się do ustanowienia jednoznacznych kar dla rolników, odpowiedzialnych za bezmyślne zatruwanie pszczół.
Przepisy mówią, że wolno im opryskiwać uprawy tylko przed świtem i po zmierzchu, gdy pszczoły nie żerują na kwiatach, mimo to wielu rolników ma tę zasadę w głębokim poważaniu.
To także dlatego, że ukaranie za ten czyn graniczy z cudem.
Więcej o rolnictwie na www.pomorska.pl/rolnictwo
Doświadczył tego ostatnio pszczelarz z Wiąga pod Świeciem. Stracił 12 pszczelich rodzin, zostały mu puste ule. Zaalarmował wszystkie służby, wskazał winnego, zebrał próby, ale prokuratura umorzyła postępowanie, mimo że straty sięgnęły siedmiu tysięcy złotych.
Pszczelarzowi pozostało wszczęcie sprawy na własną rękę. Musiałby zapłacić za analizy laboratoryjne upadłych pszczół i upraw spryskanych szkodliwym środkiem, a następnie wszcząć proces cywilny przeciwko potentatowi, który w jego obrębie uprawia kilkaset hektarów. Nic dziwnego, że pszczelarz się poddał.
Czy wróci on jeszcze do pszczelarstwa? Możliwe, że nie. I tak rok w rok na całym świecie ubywa pszczelarzy i pszczół. Ostatnio alarm w tej sprawie podnieśli także bartnicy z Francji.
Stąd akcja ich kolegów ze Świecia, którzy oczekują od ministra rolnictwa, że znajdzie w budżecie pieniądze na kampanię społeczną, która przypomni słynne ostrzeżenie Alberta Einsteina, że jak wyginą pszczoły, ludzkość przetrwa najwyżej cztery lata.
Czytaj e-wydanie »